Dobra i zła matka… Dwie czy jedna?

matczyna ranaZanim pojawiliśmy się na świecie, byliśmy połączeni z matką na każdym możliwym poziomie. Po urodzeniu, choć mieliśmy już swoje oddzielne ciałka, nie mogliśmy przetrwać bez matki.

Matka jest całym naszym światem, to od niej zależy nasze przetrwanie. Jesteśmy z nią połączeni.

Samoświadomość dziecka zaczyna się wyodrębniać w okresie nauki chodzenia. Oddalam się od mamy w sensie fizycznym, znaczy oddalam się od „źródła”. I nadal jestem. Mam moc chodzenia, istnienia poza nią. Mogę być daleko od niej i żyć. Oto JA.

W tym samym okresie ważne jest poczucie, że matka to jedną i ta samą osobą, niezależnie od jej wyglądu, a przede wszystkim niezależnie od jej nastrojów. Jest moją mamą i kocha mnie nawet wtedy, kiedy nie ma jej przy mnie fizycznie. I jest moją mamą również wtedy, kiedy się złości albo smuci.

Ukształtowanie obrazu matki, która może być „dobra”- bo spełnia oczekiwania dziecka i może być „zła”- bo budzi frustrację (np. kiedy na coś nie pozwala) jest warunkiem zdrowego rozwoju. W psychologii zdolność ta nazywana jest „stałością obiektu”. Jednocześnie dziecko kochane miłością bezwarunkową uczy się, że jest chciane i akceptowane zarówno wtedy, kiedy przeżywa „pozytywne” emocje jak i wtedy, kiedy złości się albo nie spełnia oczekiwań rodziców.

Mama bywa „dobra” i „zła”. Ja też mogę być „dobre” i „złe”. Nadal jestem tą samą osobą, to ciągle ja. Chciane i kochane dziecko swojej mamy.

Problem pojawia się w dwóch sytuacjach. Pierwsza z nich, to kiedy zachowania matki wobec dziecka są przemocowe i sprawiają cierpienie. Może to być przemoc fizyczna, emocjonalna, narcystyczna, a nawet wygórowane oczekiwania wobec dziecka. Ból odrzucenia przez matkę jest tak silny, że dziecko nie ma innej możliwości, jak rozszczepić matkę na dwa obrazy: dobrą i złą, widzianą i wypieraną. Od tej pory „zła” jest zapominana, a „dobra” idealizowana i stawiana na piedestał. Taki zabieg pozwala przetrwać i ułatwia życie. Mechanizmy obronne to jedyna broń dziecka, w którą wyposażyła je natura. Bez nich po prostu by umarło. Problem polega na tym, że raz uruchomiony mechanizm, (ponieważ się sprawdził), będzie działać do odwołania (np. przez świadomą pracę wewnętrzną). Od tej pory dziecko zaczyna widzieć świat czarno-biało. Ludzie są albo dobrzy albo źli. Wchodzi w coś na maksa albo to porzuca. Dana osoba jest albo z nim, albo przeciwko niemu itd…

Inna sytuacja stająca na drodze zdrowego rozwoju, to kiedy matka (ojciec, bliska, znacząca osoba) akceptuje i „kocha” dziecko tylko w określonych okolicznościach. (napisałam „kocha” w cudzysłowie, bo to już nie jest miłość). Kiedy zawstydza, upomina, krytykuje, poniża dziecko za jego określone zachowania, a nawet przeżywane emocje. Kiedy np. dziecko jest regularnie odstawiane do drugiego pokoju za każdym razem, kiedy wyraża złość, uczy się, że złość to jest ono-złe, ono-brzydkie, ono- niechciane i zaczyna tę część siebie wypierać i odrzucać. Czyli muszę być „jakieś”, muszę się tego czegoś brzydkiego we mnie pozbyć, muszę się zmienić, inaczej stracę mamę, a to oznacza pewną śmierć. Aż tak wcześnie zaczyna się budowanie fałszywego obrazu siebie, gonienie za akceptacją, uznaniem- początkowo matki, potem otoczenia, kolegów, współpracowników, znajomych, a co najgorsze- samego/samej siebie. Jestem albo idealny/idealna albo beznadziejny/beznadziejna, trudno zaakceptować, że z błędami to też ja. Jeszcze trudniej jest budować trwałe relacje, bo nigdy nie było mi dane poczuć, że mogę tę samą osobę i kochać i nienawidzić. I- z drugiej strony- odrzucam siebie, bo trudno mi uwierzyć, że ciągle jestem wartościową osobą zarówno, kiedy mnie ktoś chwali jak i wtedy, kiedy mnie krytykuje…

Jak powinno być?

Jeśli matka mimo różnych nastrojów odnosi się do dziecka z szacunkiem i nie obwinia go za swoje emocje, jeśli daje mu prawo do jego odczuć, jeśli pozwala mu wyrazić złość do niej i pozostaje przy tym wsparciem, dziecko uczy się, że związek z bliską osobą może być źródłem szczęścia, ale i frustracji i trwa w obu tych przypadkach.

Mogę przebywać w bliskim związku nawet wtedy, kiedy (chwilowo) sprawia mi przykrość. Mogę złościć się na kochaną osobę a jednocześnie czuć się bezpiecznie z moją złością, bo wiem, że ta osoba nie odejdzie. Ja też nie odejdę z powodu jej złości.

W rzeczywistości im bezpieczniejszy związek, tym więcej w nim przestrzeni na złość i trudne emocje.

Dopiero po wielu miesiącach swojej pracy zrozumiałam, jak dawno to rozszczepienie we mnie powstało. Sytuacje, kiedy po drobnej sprzeczce z partnerem pakowałam walizki, bo nie byłam w stanie uznać, że kochająca osoba może mnie wkurzać (albo ja ją) miały swoje miejsce w moim (aż tak!) wczesnym dzieciństwie (!!!)

Jeśli proces indywiduacji we wczesnym dzieciństwie jest utrudniony, nawet dorosła już osoba, mimo upływu lat, może mieć tendencję postrzegać ludzi jako „dobrych”- jeśli spełniają jej oczekiwania albo jako „złych” czy zagrażających- kiedy tego nie robią. Siebie może postrzegać podobnie- albo jako osobę idealną- kiedy spełnia czyjeś oczekiwania i zbiera „głaski” albo zupełnie beznadziejną, kiedy np. coś jej nie wyjdzie.

Oznacza to jeszcze coś- ponieważ od maleńkości musiała/musiał nauczyć się odrzucać to, co bolesne albo niechciane, w życiu dorosłym może mieć trudność w budowaniu głębokich relacji. Skoro widzę tylko to, co chcę widzieć, dopuszczam do siebie tylko część obrazu danej osoby- dzieje się to niejako z automatu, a to sprawia, że autentyczna relacja nie jest możliwa. To dlatego tak często osoby, które nie zakończyły procesu indywiduacji, łatwo przechodzą ze związku do związku, zastępując jednego partnera kolejnym. Ponieważ więź nie była głęboka, nie potrzebują przeżywać po niej smutku i nie wchodzą w proces żałoby.

Jakieś rozwiązanie?

To, co sprawdziło się u mnie i sprawdza się u osób, z którymi pracuję, to scalenie dwóch obrazów matki i nadanie jej ludzkich kształtów. „Była dobra i zła.” Trudność polega na tym, że to „zło” trzeba odczuć by móc je uwolnić (tym razem w bezpiecznych warunkach, bo nie zagraża już utrata życia). Napisałam trudność, bo powrót do bolesnych wspomnień (nie tylko głową, w rozmowach, ale ciałem, czując to, czego kiedyś nie można było czuć) budzi lęk i wywołuje opór. Nagrodą jest wolność i dojrzałość.

Jeszcze kilka lat temu mój partner był dla mnie (w moim odczuciu- w mojej głowie) albo idealny albo najgorszy. Albo go idealizowałam albo degradowałam. Sytuacja, że np. nie zadzwonił, kiedy tego oczekiwałam (nie mówiąc mu) albo zrobił sobie herbatę, nie pytając czy ja też chcę, była wystarczająca, żeby zarzucać mu egoizm i snuć plany rozstania. Traciłam na to tak wiele życiowej energii, że szok! W momencie przeżywania tych emocji były one dla mnie jedynym światem, jedyną rzeczywistością…

Dopiero kiedy przyjrzałam się mojemu dzieciństwu, kiedy odnalazłam swoje wewnętrzne dziecko, zadbałam o jego rozwój i oddałam sobie utracone lata i możliwości, kiedy zaczęłam uzdrawiać matczyną ranę i stałam się wewnętrzną matką dla siebie małej, krok po kroku, odzyskałam radość, poczułam dojrzałość i zaczęłam budować zdrowe relacje.

Nigdy nie jest za późno kochani. Stracone dzieciństwo można sobie zwrócić! <3

ps. Jesienią tego roku ruszają moje warsztaty uzdrawiania matczynej rany. Jeśli chcesz, mogę Cię o nich poinformować bliżej terminu. Zapraszam Cię do wpisania się na listę osób zainteresowanych, klikając w TEN link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *