Granice małego dziecka

Kiedy ktoś narusza nasze granice, pojawia się złość, sprzeciw albo opór. Wsłuchując się w te odczucia, możemy zareagować i zadbać o siebie w relacji.

Ale czy zawsze?

Zdarza się, że mimo dyskomfortu związanego z tym, że ktoś (albo my sami) przekracza nasze granice, nie tylko nie potrafimy tego odpowiednio skomunikować, ale dodatkowo siebie obwiniamy za całą sytuację.

W tym poście chcę przyjrzeć się temu, jak i kiedy zaczynamy nawiązywać kontakt ze swoimi granicami. Będzie o tym, jak powstają granice małego dziecka.

Może być tak, że mimo wiedzy o zdrowych granicach i nauki asertywności, nasze odczuwanie granic nie zmienia się. Wtedy warto wrócić do źródła- i sprawdzić, co działo się w czasie, kiedy nasze granice „pojawiały się” w naszej świadomości i kiedy zaczynaliśmy je odkrywać.

Przyjrzyjmy się etapowi rozwoju między 1. a 3. rokiem życia.

To czas „ponownych narodzin” – narodzin psychicznych. Wcześniej leżące i pełzające dziecko widziało wszystko z poziomu podłogi. Zależne i stopione z matką, mogło przemieszczać się wolno i w połączeniu z drugą osobą.  Aż tu nagle cudowny pojazd, jakim jest ciało, odkrywa przed duszą dziecka nowe możliwości.

Wyobraź sobie taką sytuację: Twoje auto, które do tej pory jeździło nagle może również latać. Co robisz przed najbliższe dni? Będziesz latać nad miastem i testować nowe możliwości. Jak nawigować? Jak skręcać? Jak daleko można odlecieć od ziemi i nadal czuć się bezpiecznie? A teraz pomyśl, że tam w górze jest już mnóstwo lataczy, którzy wszystko to już potrafią, ale zamiast wspierać zaczynają krzyczeć:

  • uspokój się
  • lataj wolniej
  • co my się tu z tobą mamy, nie umiesz normalnie?
  • zrób tak, jak mówię
  • jak nie będziesz latać prawidłowo, to zabiorę ci pojazd
  • to tylko bunt latacza, niedługo mu przejdzie

Mam nadzieję, że zaczynasz czuć, a nie tylko rozumieć, co dzieje się w świecie 2- latka.

Stoję na własnych nogach- jestem niezależne. Oddzielne. Mogę przemieszczać się tam, gdzie prowadzą mnie moje oczy i moja ciekawość. Wow! Mogę oddalać się od mamy (dotychczas wszystko było z mamą). Mogę za nią pobiec, kiedy jej potrzebuję (wcześniej można było tylko wołać i czekać). Co za życie! Co za MOC! Jestem oddzielne, jestem osobne. Nie jestem mamą. Nie jestem tatą. Nie jestem INNI. To JA.

Ale czy na pewno? Jak to działa? O co tu chodzi?

I zaczyna się testowanie. Słynny „bunt dwulatka” to fantastyczny czas odkrywania swojej odrębności i psychicznej niezależności.

-Chodź tu – woła mama.

A ja nie idę. (woooww 😉)

-No chodź mówię.

-ee-e. Nie!

I zostaję tu, gdzie jestem, mama nic nie zrobi. To ja decyduję o swoim ciele. To JA.

Tak zaczynamy czuć swoje granice. Najpierw fizyczne, przez kontakt z rodzicami, potem psychiczne- przez nasze „nie” i nasze „bunty”, a potem jeszcze, kształtują się nasze granice energetyczne.

To właśnie pierwsze doświadczanie swoich granic stanowi o późniejszym poczuciu integralności i suwerenności (również emocjonalnej, psychicznej i duchowej).

Dołącz do warsztatów Uzdrawianie wewnętrznego małego dziecka i wypełnij luki po trudnym dzieciństwie. Uzyskaj dostęp do nagrania warsztatu, żeby odkryć potrzeby małego dziecka oraz zrozumieć, jak braki tego okresu przekładają się na Twoje dorosłe życie.

Co dzieje się w czasie między 1. a 3. rokiem życia?

To w tym czasie- „małego dziecka” – powstają fundamenty naszych późniejszych, dorosłych granic. To w pierwszej relacji- z rodzicem dowiadujemy się, w jaki sposób granice wyrażać, jak je komunikować, co nasze granice oznaczają dla innych oraz jak jesteśmy traktowani z naszym „nie”.

W przyszłości (choć już nieświadomie) będziemy oczekiwać od innych ludzi i od świata takiego podejścia do naszych granic, jakiego doświadczaliśmy w czasie, w którym one się rodziły.

  • Co nam wtedy zostało pokazane i zamodelowane?
  • Jak odnoszono się do nas i naszych dziecięcych sposobów zaznaczania granic?
  • Czy rodzice mieli kontakt z własnymi granicami?
  • W jaki sposób nam odmawiano? (Zbyt często? Nigdy? Nieadekwatnie i niespójnie- w zależności od chwilowych nastrojów?)

Jeden z najczęstszych schematów, który uprzykrza nam dorosłe już życie, a który odnosi się do czasu małego dziecka to:

Muszę rezygnować z siebie w relacji.

To przekonanie, że aby relacja mogła istnieć, musimy się podporządkowywać, rezygnować z siebie i skupiać na samopoczuciu drugiej osoby. To bolesny schemat, w którym czujemy się „nie sobą”, niewidziani i nierozumiani.

Chcemy stanąć za sobą i wyrazić swoje potrzeby, ale paraliżuje nas lęk przed odrzuceniem. Boimy się, że osoba, na której nam zależy nie zrozumie naszych potrzeb i w efekcie wycofa się z relacji. Rezygnujemy więc z siebie, by to ktoś z nas nie zrezygnował. Samospełniająca się przepowiednia sprawia, że nieświadomie wybieramy takie osoby, które zachowują się zgodnie z tym nieświadomym schematem.

U podnóża schematowej góry leży lęk małego dziecka, że straci mamę, kiedy za bardzo się od niej oddali. To naturalny i zdrowy lęk, który sprawia, że dziecko trzyma się blisko swojego opiekuna. (Można poobserwować małe kaczuszki i zobaczyć, jak natura to pięknie stworzyła). Dziecko szuka matki wzrokiem i obserwuje wyraz jej twarzy, by wiedzieć, czy to, co robi jest bezpieczne czy nie.

Problem pojawia się wtedy, kiedy matka napawa dodatkowym, niepotrzebnym już lękiem dziecko, które zaczyna chodzić własnymi drogami i testować granice swoich możliwości i swojej niezależności.

„Siedź grzecznie, bo przyjdzie pan i cię zabierze”.

„Chodź, już idziemy do domu, bo jak nie, to cię tu zostawię. Chcesz?”.

„Idziesz? Mama już idzie. Pa-pa. Idę sobie. Zostaniesz samo”.

To co skuteczne nie zawsze jest dobre.

Straszenie dziecka, że zostanie samo, jeśli nie zrobi tego, czego chce od niego dorosły albo jeszcze gorzej- karanie go za to, że nie podąża za swoimi pragnieniami albo stawia granice- to bardzo skuteczne narzędzie wywierania wpływu i osiągania swoich celów. I bardzo toksyczne. Poza chwilowym, wygodnym zyskiem przynosi późniejsze długoterminowe straty.

Do tego dziecka i do takich sytuacji warto wracać i się nad nimi pochylać. Czy to nie tam nauczyliśmy się, że zostaniemy sami, jeśli wsłuchamy się w siebie? Czy to nie tam doświadczyliśmy, że słuchanie własnych granic niesie ryzyko odrzucenia i samotności?

Mam dla Ciebie kilka pytań. Cofnij się pamięcią (albo sercem, jeśli nie masz wspomnień) do swojego dzieciństwa i poczuj:

  • Czy Twoja matka była dostępna fizycznie i emocjonalnie?
  • Czy można było przyjść do rodzica z płaczem, kiedy stało się coś trudnego na nowo odkrywanych drogach?
  • Co wtedy słyszałaś, słyszałeś? (a nie mówiłam?, to po co tam łazisz?, nie biegaj, bo się przewrócisz? Czy może: jestem tu, już dobrze, pomogę ci, chodź, pokażę ci, jak to zrobić bezpiecznie, zaopiekuję się tobą i zadbam o twoje bezpieczeństwo).
  • Czy w czasie doświadczania silnych emocji mogłaś liczyć na obecność spokojnego, wyregulowanego rodzica?
  • Czy odnoszono się z szacunkiem do Twojego ciała?

Jak daleko mogę odejść i jeszcze mieć twoje wsparcie, mamo?

Lęk przed oddaleniem od matki to naturalny etap rozwoju. Tak jak pragnienie podążania swoją drogą. Tak wcześnie- już w drugim roku życia zaczynamy szukać równowagi między odrębnością i łącznością, dystansem i bliskością, niezależnością i przynależnością. Potrzebujemy w tym mądrego, łagodnego wsparcia i prowadzenia.

Jeśli wychowywaliśmy się w domu dysfunkcyjnym, a którym granice nasze i innych ludzi były notorycznie przekraczane, jeśli byliśmy karani ciszą, odrzucani, obwiniani za samopoczucie czy problemy rodziców, mógł zakorzenić się w nas schemat rezygnowania z siebie na rzecz utrzymania relacji.

I wtedy warto wracać do dziecka, którym byliśmy i sprawdzać, jak ono się czuje. Kiedy jego bolesne doświadczenie i przykre emocje zostaną uznane, łatwiej będzie nam pracować nad dorosłą komunikacją i trenować wyznaczanie zdrowych granic.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.