Złość. Kiedy mnie prowadzi, a kiedy niszczy?

złość„Złość piękności szkodzi”

„Nie denerwuj się”

„Uspokój się”

„Z łańcucha się urwała!”

„O-o-o a tobie to co jest?”

Takimi słowami moi „bliscy” reagowali na moje emocje, które z jakiegoś powodu im nie „pasowały”, z którymi sobie nie radzili. W moim domu rodzinnym nie było miejsca na złość dzieci. Dzieci zajmowały tam najmniej miejsca, a tym bardziej ich uczucia. Moje rzeczy mieściły się w jednej szafce, moje emocje w jednej zaciśniętej pięści.  Życie całej rodziny kręciło się wokół chorego tańca ojca-alkoholika i współuzależnionej matki. Oni mogli wywalać swoją złość. Kilka dni, tygodni potrafili trzymać się na względnym „poziomie”, tylko posykując na siebie, jednak prędzej czy później, z nieprzewidywalną regularnością wybuchali i staczali tragiczne w skutkach wojny. Wojny na słowa, pięści, pazury, doniczki. Wtedy dozwolone było wszystko, nic nie mogło ich powstrzymać. A przynajmniej nie ta mała dziewczynka między nimi.

Nigdy za to nie przepraszali, nigdy nic nie tłumaczyli. Bardzo szybko zrozumiałam, że to co czuję jest nieważne i że nie mam prawa się złościć.

Wtedy znałam tylko jedną formę wyrażania złości- te tragiczne w skutkach awantury, po których matka miała połamane okulary, a ojciec był cały podrapany. Dzień później byli ekstra mili i spokojni.

Mój osobisty efekt? Całe dorosłe życie byłam nad-życzliwa, wiecznie uśmiechnięta i przymilna do porzygu. Pozwalałam się wykorzystywać i nie ściągałam tego sztucznego uśmiechu nawet wtedy, gdy ktoś ewidentnie przekraczał moje granice. Jednak raz na jakiś czas tama pękała… i wtedy wybuchałam, paląc wszystko, na co tylko spojrzały moje roziskrzone (dawnym) wkurwem oczy. Z tą samą nieprzewidywalną regularnością jak oni…

Ucichło. Nie ma tych wybuchów. Przestały się pojawiać, kiedy odzyskałam kontakt ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Z czasem pojawiło się też miejsce na moją złość. Uczę się ją wyrażać i ciągle określam to, co dla mnie ok, a co nie ok. Dzielę się refleksjami.

Destrukcyjna forma złości

pojawia się wówczas, kiedy złość nie ma ani celu ani granic. Niszczę innych, ale niszczę też siebie.  Jeśli naruszam fizyczne granice partnera, wiem, że niszczę tym samym własny związek, niwecząc wszystko, co udało się wcześniej zbudować.  Ta autodestrukcyjna forma złości sprawiała, że próbowałam tłumić ją jak najdłużej. Jeśli jednak, a było to nieuniknione- nagromadzona złość w końcu wybuchała, to kierowała się w całości przeciw drugiej osobie.

Niezdrowa forma złości zakłada, że tylko „niszcząc” drugą osobę można uwolnić się od trudnej relacji i pozostać sobą.  Dochodzi do zatracenia, jeszcze silniejszego popadania w złość. Nie ma szans na wyjaśnienie konfliktów- jest tylko destrukcja.

W zdrowej złości

potrafię pozostać sobą i trzymać się swoich potrzeb, wyrażać niezadowolenie z określonych działań czy postaw partnera, nie oceniając go przy tym. Zdrowa złość mówi o konkretach, nie ogólnie. Ma na celu konkretne zmiany. Każdy ma prawo wyrazić swoją złość. To ona informuje nas o tym, co się w związku nie zgadza, co wymaga uwagi, dostrzeżenia i zajęcia się tym. Kiedy partnerzy respektują swoją złość, może ona być wykorzystywana do pracy nad związkiem, wzbogacając go. Złość pomaga wyznaczać zdrowe granice, wiążąc parę na nowym poziomie, na którym mogą ciągle wzrastać i się rozwijać.

Zdrowa forma złości to taka, którą wyrażam w sposób bezpieczny dla siebie i innych. Doświadczanie emocji i ich odczuwanie nie równa się ich wyrażaniu. Każdy z nas powinien wziąć odpowiedzialność za to, w jaki sposób wyraża swoją złość. Można mieć świadomość pojawiającej się wewnątrz złości, a jednocześnie np., ze względu na okoliczności świadomie odroczyć jej wyrażenie w czasie, dla dobra własnego i innych.

Jeśli pozwolimy sobie na wyrażanie wszystkich emocji, to okaże się, że wcale nie są one aż tak gwałtowne i intensywne. To stawianie tamy, usilne tłumienie emocji doprowadza do sytuacji, w której w końcu tama pęka, doprowadzając do wybuchów.

Bo po co jest ta złość?

Ona jest strażnikiem naszych potrzeb. Informuje nas, że jakieś nasze granice są przekraczane albo że potrzeby niezaspokojone. To sygnał, informacja, którą należy odebrać, odczytać i podjąć w związku z nią odpowiednie działania.

Schody pojawiają się wówczas, kiedy budzi się w nas ta skumulowana właśnie (często przez lata) złość. Ogromna fala emocji zalewa ciało i umysł i nie mając odpowiednich narzędzi ani wsparcia drugiej osoby, zupełnie nie wiemy jak sobie z nią poradzić.

Idealnym sposobem na wyrażanie długo tłumionej złości jest twórczość. Można pisać, malować, rzeźbić, przemeblowywać, pisać wiersze, listy.

W bardzo silnych momentach złości, kiedy ołowiane kulki zmasowanej złości opuszczają nasze ciało, można wydrzeć się w poduszkę, walić pięściami w łóżko, wybiegać, wytupać, wytrząść się. Warto też zaufać ciału i robić to, co się czuje, bez oceniania i krępowania własnych zachowań. Oczywiście dobrze znaleźć na takie „wyrzuty złości” odpowiednie miejsce i czas, zapewniając sobie poczucie komfortu.

Wszelkie medytacje i techniki relaksacyjne u mnie akurat się nie sprawdzały. Miesiącami próbowałam medytować i jednocześnie chodziłam podminowana. Miałam wrażenie, że wszystkimi „spokojnymi” technikami tylko przykrywam swoją uśpioną złość, a ona zasypia jeszcze głębiej, by przebudzić się w najmniej oczekiwanym momencie. Pokłady mojej złości były tak silne, że tylko aktywne, agresywne działanie przynosiło mi poczucie ulgi. Bardzo przydatne okazały się ćwiczenia Aleksandra Lowena i praca z wewnętrznym dzieckiem. No i piszę. Cały czas piszę. Ten blog jest moją autoterapią. Piszę, pracuję z wewnętrznym dzieckiem, a jak czuję, że się coś uwalnia, to idę płakać, smucić się albo naparzać w materac. Odkąd pozwalam sobie na takie odczuwanie, odkąd wsłuchuję się w siebie i pozwalam sobie odczuwać cokolwiek, co przychodzi, nie mam już wybuchów. Mam za to więcej odwagi i chęci do mówienia o tym, jak się czuję i artykułowania swoich potrzeb.

A co Ty robisz ze swoją złością?

2 thoughts on “Złość. Kiedy mnie prowadzi, a kiedy niszczy?

  1. To o mnie! Tak bardzo o mnie. Moja złość tez niszczyła wszystko wokół, paliła, zrównywała z ziemią. Odkad pracuję z WD i zaczęłam uznawać swoją krzywdę i wyrażać to co mnie boli, jest lepiej. Złość we mnie jest mniejsza. Czasami umiem nawet nia pokierować, wyrazić w zdrowy sposób. To niesamowita zmiana, takie ukojenie mojego udręczonego dziecka. ps. Ja nienawidziłam metody liczenia do 10, bo w czym to niby miało pomóc? Miałam udawać, że mnie nie wku*wia kiedy wku*wiało? Uwielbiam Cię czytać Sylwia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *