Dać sobie czyjeś wsparcie.

Wsparcie psychoterapia„O nie, znowu to czuję, a myślałam, że mam przepracowane…” albo

„Kiedy to się skończy, ile już trwa ta twoja terapia?”

„Kryzys? Jaki kryzys? Jak ty w ogóle możesz mieć trudności, skoro tyle wiesz i nawet pomagasz innym?”

„Już sobie sama poradzę, wystarczy tych sesji”

Jednym z mitów naszej kultury jest przekonanie, że osoba, która pomaga innym, to taka, która już samą siebie uzdrowiła i nie ma żadnych kryzysów. Gówno prawda!

Każdy ma kryzysy, każdy doświadcza porażek, a nasz rozwój nigdy nie jest skończony.

Oczekiwanie od kogoś, że będzie idealny, czy w jakimś sensie lepszy (doskonalszy) od nas, tylko dlatego, że ma większą wiedzę czy doświadczenie z góry skazane jest na rozczarowanie. Wszyscy jesteśmy w drodze. Nie ma głupszych i mądrzejszych. Nie ma dystansów do przejścia, które można by porównać. Jest bogactwo doświadczeń, są momenty aha, są olśnienia w mgnieniu oka, ale i ślepe uliczki w ciemnych labiryntach wniosków i refleksji. Co do jednego jestem pewna: nie można przekazać komuś czegoś, czego sami nie ucieleśniliśmy w swoim życiu. Owszem, można o tym mówić, opisywać, znać od strony teoretycznej, z książek, live’ów czy wykładów, jednak nic tak nie wspiera drugiego człowieka jak autentyczne wsparcie oparte na empatii. A warunkiem współodczuwania jest głęboki kontakt z samym sobą.

Nikt nie jest samotną wyspą, jesteśmy stadni i czas najwyższy to docenić. Nie bójmy się korzystać z wsparcia innych ludzi. Danie sobie obecności drugiej osoby, która pozostaje skupiona na nas w pełni, która jest gotowa dzielić się całym swoim doświadczeniem i wiedzą by pomóc nam odnaleźć siebie to jeden z przejawów gotowości do zmiany. Sama wiele lat kręciłam się w kółko, zdobywając coraz więcej wiedzy, kolekcjonując (tak, to słowo!) książki i cytaty, a jednocześnie tkwiłam w starym przyzwyczajeniach, pogrążałam się w pustce i tak dobrze mi znanej rozpaczy. Tak, omawiałam swoje problemy na sesjach terapeutycznych i coachingowych, jednak (przypadkiem?) zawsze wybierałam takie, które pozwalały mi utrzymywać bezpieczny dystans od prawdziwej mnie, od mojego bólu i mojej wrażliwości, goszcząc się w umyśle i racjonalizacji i podtrzymując tym samym hordy moich mechanizmów obronnych.

Do czasu. Wszystko się zmieniło, kiedy dałam sobie wsparcie osoby, która była tam gdzie ja i z tego „wyszła”. Osoby, która czuła i była obecna. Nie interesowało mnie, jakie badania cytuje i jakie książki przeczytała. Ona mnie rozumiała i wstawiała się za mną za każdym razem, kiedy traciłam nadzieję. I to dało mi siłę. Dzieliła się ze mną praktyczną wiedzą, dawała z serca. Uniknęłam wiele bagienek tylko dlatego, że ona w nie kiedyś wlazła i się tym ze mną podzieliła. I wiedziałam co robić w chwilach wahania, bo dostałam od niej gotowe przykłady. Praktyczne, życiowe, przetestowane. Przez nią samą, na jej własnej drodze.

Jak idziesz na wojnę, to kogo wybierzesz na swojego towarzysza? Kogoś, kto napisał o wojnie kilka książek, czy kogoś, kto na niej był i zwyciężył?

Jak się doświadcza, to odpowiednie słowa przychodzą same.  Kiedyś wkuwałam teorie psychologiczne na pamięć, a zapytana nie mogłam nic o nich powiedzieć. Teraz mówię o sobie, swoim życiu i co chwila natrafiam na potwierdzające to książki, teorie, badania. Ale nie muszę się już tego uczyć, bo to samo płynie. To część mojego życia, mojego doświadczenia. To wiedza żywa.

Kiedy pierwszy raz trafiłam na Magdalenę Szpilkę (kilka lat temu), pojawił się opór i złość. Przerwałam filmik w połowie, myśląc sobie „phi ii, sama się jeszcze uzdrawia a już innym chce pomagać”. Był to czas, kiedy nie byłam w stanie dać sobie praktycznie niczego. Niewiele też otrzymywałam od życia i ludzi. Wybierając coachów kierowałam się kryterium ceny. Często wybierałam najtańszego. Efekty były adekwatne.  Jednak nasionko, które Magda zasiała filmikiem pozostało w moim sercu i kiełkowało… Po dwóch kolejnych latach byłam gotowa nie tylko na jej filmy, ale i na pracę z nią. Samo oglądanie jej filmików działało na mnie uzdrawiająco. Wcale się nie zdziwiłam, że nie przyjmie mnie za tydzień, tylko za wiele długich, trudnych, ale i bardzo motywujących miesięcy, bo ma kolejki.  Paradoksalnie sam fakt, że pozwoliłam sobie na odpowiednie wsparcie świadczył o tym, że przez ten czas wykonałam już ogrom pracy. Z osoby, której było szkoda na swój rozwój czasu i pieniędzy, która „leci” na hasła marketingowe i wierzy w obietnice natychmiastowych efektów (bo tylko takie mnie wtedy interesowały) stałam się osobą, która jest gotowa sobie DAĆ. Dać sobie czas, dać sobie czyjeś wsparcie, dać sobie na to pieniądze i podjąć decyzję o zaangażowaniu w swój proces. Musiałam dotknąć swojego dna, żeby do tego dojść. Tak długo kręciłam się w kółko i tak często cierpiałam, że postawienie na siebie było dla mnie ostatnią deską ratunku. Wszystkie inne strategie zawiodły.

Efekty i tym razem były wprost proporcjonalne. Przychodziły powoli, ale trwale. Wymagały czasu, delikatności, czułości i zaangażowania.

Nic nie wydarzyło się z dnia na dzień, choć może to tak wyglądać, jak ogląda się moje filmiki. Nikt nie nagrywa filmików w czasie kryzysów. Nie włączałam kamerki w czasie swoich upadków, regresji, porażek w powrocie do siebie. Ale to nie znaczy, że ich nie było. Były i nadal mi się przydarzają. I nadal jestem w drodze.  Trudne dzieciństwo to zobowiązanie na całe życie, a nie na kilka sesji terapeutycznych. Matczyna (ojcowska) rana nie znika, tylko się zabliźnia. Wspomnienie o niej nadal boli. Jednak na tym bólu można wzrastać, jeśli porzuci się nierealne pragnienie doskonałości i presję na wynik.

„Ile ty chcesz się jeszcze rozwijać, jak długo planujesz być w tej terapii”- usłyszałam kilka lat temu od partnera, który uważał to za stratę czasu. Bolało, oj bolało. A teraz oboje korzystamy ze wsparcia i żadne z nas nie wspomina nawet o końcu;) Bo dlaczego mielibyśmy sobie tego nie dawać? Teraz wiem, że na to zasługuję i teraz wiem, że przekłada się to na realne zmiany w moim życiu. Życiu coraz pełniejszym, coraz szczęśliwszym. Każda minuta procesu i każda złotówka na to wydana była najlepszą inwestycją mojego życia.  I jestem wdzięczna samej sobie, że to sobie dałam i daję. Jestem z tego dumna i uważam, że dawanie sobie wsparcia innych to oznaka odwagi i siły życiowej. Tak, można pracować samemu i nasze zaangażowanie jest kluczowe w całym procesie. Jednak w którymś momencie mogą przyjść pytania, wątpliwości. W końcu może się pojawić zniechęcenie i uczucie stania w miejscu. I może się to okazać odpowiednim impulsem do poszukania profesjonalnego wsparcia.

Zasługujesz na nie. Wszyscy na nie zasługujemy!

1 thought on “Dać sobie czyjeś wsparcie.

  1. To jest bardzo ważne. To jest właśnie inwestycja w siebie. Ludzie wydają pieniądze na jakieś głupie ciuchy czy telefony a na siebie nie ma. Miim zdaniem jednak dobry terapeuta powinien po jakimś czasie ” wypuszczać” osoby jak się wypuszcza zranione ptaki które doszły wreszcie do siebie.Żeby już radzić sobie samemu, nauczyć takiego człowieka że ma już wieczne wsparcie w samym sobie. Jeżeli terapia trwa latami to jest raczej coś nie tak. Nie wiem czy to prawda ale podobno od terapii i tzw. rozwoju osobistego też można się uzależnienic.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *