Co czujesz do swojego terapeuty?

relacja terapeutyczna

Relacje z terapeutą/mentorem niejednokrotnie konfrontują nas z niewyrażonymi emocjami wczesnego dzieciństwa.

To, w jaki sposób myślimy o autorytetach i „guru” pokazuje na ile jesteśmy dojrzali.

Im bardziej skrajne emocje odczuwamy wobec wspierającej osoby, im bardziej np. jesteśmy skłonni idealizować i gloryfikować terapeutę, tym mniej uporaliśmy się z rodzicielską traumą. Jakaś część mnie chciała zawsze, by była to osoba idealna, doskonała, przerobiona do szpiku kości, która nigdy już nie popełnia błędów, która nie upada, nie doświadcza załamania i kryzysów. Na której mogę się wesprzeć o każdej porze dnia i nocy. Za każdym razem pragnienie to odsyłało mnie do siebie małej przerażonej niekompetencją, niewydolnością i słabością rodziców. Do małej, pięcioletniej dziewczynki, która łzy matki i jej brak pomysłu na to, jak i za co przetrwamy kolejny miesiąc, odbierała jako bezpośrednie zagrożenie życia. Bo jak nie ona to kto? Dla dziecka rodzic jest bogiem, bóstwem, wszechmocnym i niepodważalnym autorytetem. Jeśli ON nie wie, jeśli ON nie może, to KONIEC. Dla dziecka są to emocje tak trudne, lęk tak silny, że aby przetrwać, musi się tego wyprzeć, musi od tego uciec, musi się od tej części siebie, która to przeżywa odciąć…

Wiele razy odnajdywałam swoje pogubione części dzięki świadomej obserwacji mojej relacji z terapeutą. Ileż to razy chciałam „urobić” jej osobę (chociażby w mojej głowie) na swoją matkę, którą zawsze chciałam mieć. Ile razy łapałam się na oczekiwaniach wobec osoby terapeuty, których źródło tkwiło w niezaspokojonych potrzebach mojego wewnętrznego dziecka, a ona wcale nie miała obowiązku ich spełniać. Ile razy oczekiwałam, że poda mi na tacy gotowe rozwiązania zwalniając mnie z odpowiedzialności świadomego życia. I jak wielu „ekspertów” spotykałam na swojej drodze, którzy chętnie takimi „patentami na życie” serwowali.

Jednym z kroków w dojrzałość, zaraz po utuleniu wewnętrznego dziecka, było uznanie i zaakceptowanie faktu, że moi rodzice to ludzie z krwi i kości, którzy popełnili więcej błędów, niż początkowo byłam w stanie uznać.

Popełnili je, bo byli i są zranionymi dorosłymi dziećmi, ale też dlatego, że po prostu są ludźmi, a popełnianie błędów jest wpisane w naszą ludzką naturę. Nie to, czy popełniamy błędy decyduje o naszej dojrzałości, ale to, co z nimi robimy, czy na nich wzrastamy czy utrwalamy jako sposoby na życie… czy się do nich przyznajemy, czy dorabiamy do nich teorie, by tylko uniknąć odpowiedzialności dojrzałego życia.

Im więcej wsparcia i miłości damy tym częściom nas, które nie miały wyjścia innego jak idealizować rodzica w chwilach nadużyć i zaniedbań, tym więcej przestrzeni zrobimy na prawdę w naszym życiu. Oczyszczenie swojej relacji (obecnej ale przede wszystkim przeszłej) z rodzicami da nam szansę na to, by widzieć drugiego człowieka w jego prawdzie, widzieć go bez tych wszystkich filtrów, jakimi są nasze lęki, nasze oczekiwania, nasze domysły i nieświadome oceny…

To, jakie emocje towarzyszą relacji terapeuta-klient może być ogromnym wsparciem w procesie dojrzewania i osobiście uważam, że mówienie o nich otwarcie w czasie terapii daje niepowtarzalną okazję do rozpoznania nieświadomych jeszcze potrzeb wewnętrznego dziecka. Ja np. czułam w pewnym momencie, że powinnam terapię zakończyć, i że nadużywam pomocy, a przecież mogę radzić sobie sama… Kiedy tylko zrobiłam temu odpowiednio wiele miejsca, odkryłam tak bardzo zakorzeniony (i równie mocno nieuświadomiony) we mnie schemat parentyfikowanej córki, która jak najszybciej powinna pójść „na swoje”, żeby odciążyć utrudzoną życiem matkę. Odnajdywałam siebie małą, która w odpowiedzi na niezręczne pytania słyszy „jak podrośniesz, to ci powiem”.

Zdarza się, że relacja terapeutyczna jest pierwszą relacją, w której doświadczamy akceptacji i zrozumienia.

To, na ile potrafimy albo nie potrafimy to przyjąć jest wskaźnikiem tego, w jakiej kondycji jest nasze wewnętrzne dziecko. Stabilna akceptacja, brak potępienia i nieustanne wsparcie terapeuty może wyciągnąć na jaw ukryte w nas przekonania na temat tego, jak bardzo „niegodni” i „wybrakowani” czujemy się w środku, co w praktyce oznacza, że ktoś nas nauczył tak się czuć, że ktoś nas tak traktował zanim sami zaczęliśmy to robić…

Jest wreszcie relacja terapeutyczna jednym z pierwszych „miejsc treningowych”, gdzie możemy uczyć się mówić wprost o swoich uczuciach, nazywać to, co dzieje się w relacji, konfrontować swoje wyobrażenia z rzeczywistością oraz ćwiczyć dojrzałą komunikację.

Kluczową rolę w całym procesie odgrywa to, jaką terapeuta jest osobą (ile z posiadanej wiedzy ucieleśnił w swoim życiu) i na ile my sami będziemy gotowi zajrzeć głębiej w siebie i traktować tę ważną relację jako źródło informacji na temat kondycji naszego wewnętrznego dziecka.

Miejmy odwagę zaglądać głębiej <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *